Pojechałam dziś moim wypasionym rowerem bardzo daleko wzdłuż brzegu oceanu. Dwa razy spadł mi łańcuch i naprawiając go koszmarnie sobie pobrudziłam ręce smarem i rdzą, i w sumie od tego chciałam zacząć opis tego zdarzenia, kiedy podniosłam wzrok i zobaczyłam ocean.
Tego dnia ocean jest ciemnoturkusowy, a im ciemniejszy w jakimś miejscu, tym głębszy. Białe fale pełne piany rozbijają się o skały przy brzegu, a im dalej w stronę horyzontu, tym białe póksiężyce piany są mniejsze. W zasięgu wzroku, oprócz mnie, tylko mewy i statek, żaglówka i łódź podwodna.
Pojechałam tam daleko, że w zasadzie nikomu się nie chce tam fatygować. Słychać tylko grzmoty fal i krzyk mew, i szum wiatru.
Najbardziej w moim mieście lubię ocean, a najbardziej w oceanie lubię to, że jest taki gigantyczny i niezmierzony. Morze Śródziemne, na przykład, jest ciepłe, zapraszające i zachęcające do odpoczynku - stojąc w Hiszpanii wiesz, że na przeciwko ciebie są Włochy, a stojąc w Chorwacji... też Włochy. Nie widać horyzontu, ale znamy mapę Europy - mały ten basen Morza Śródziemnego.
W oceanie nigdy nie wiesz, czego się spodziewać. Stoi sobie człowiek na brzegu i nic nie znaczy, w zasadzie to w ogóle ocean się z człowiekiem nie liczy. Kompletna obojętność. Niektórzy znają mojego świra na punkcie wiatraków - przy wiatraku ma się wrażenie, że ten wiatrak jest tak wielki, że w zasadzie jakby należał do świata gigantów i nic go nie obchodzisz. Z oceanem jest tak samo, ale jednak wolę ocean od wiatraków. Wolałabym zginąć z ręki oceanu, niż wiatraka xD
Ludzie tutaj są bardzo zajęci: zakupy, praca, bieganie, telefon, pies na spacerze i dziecko w wózku, koleżanka i te sprawy. Nie wiem, czy rozumieją, czy pojmują to, że żyją na brzegu takiego bezmiaru. Czasem tylko zauważę, że ktoś, idąc sobie przy brzegu, nagle przystaje, opiera się o barierkę i zamyśla, gapiąc się gdzieś w horyzont. Albo ktoś inny spieszy się dokądś, ale mimo wszystko zbacza z kursu na chwilę by tylko przejść koło plaży i uchwycić parę spojrzeń.
Albo wysiada zautobusu parę przystanków wcześniej, tylko dlatego, że dziś były takie wielkie fale i fajnie sobie popatrzeć. I potem powiedzieć w domu: patrz, jakie dziś były fale, stałem/stałam 10 metrów od nich, a i tak słone kropelki spadały mi na twarz.
Nie miałam zielonego pojęcia, czemu ludzie żyją na takim odludziu jak to miasto- godzina na autostradzie do najbliższego miasta, do stolicy - koło siedmiu. Ale teraz już wiem, to się czuje. Nie chcę zabrzmieć głupio, ale to jest totalnie romantyczne i artystyczne - żyć na brzegu oceanu, i to jeszcze takiego wzburzonego jak ten. Co jest takiego w oceanie? Chociaż jest niespokojny, to patrzenie się na niego uspokaja; jest wdzięczną modelką i wychodzi dobrze na każdym zdjęciu; za każdym razem jest inny. Jak jest słoneczny dzień, to widać tęczę. Jak jest smutny dzień, to po sesyjce gapienia się na fale jakoś człowiekowi lepiej na sercu, niż po sesyjce oglądania internetów.
Na początku, kiedy mój hiszpański przypominał bardziej mój chiński niż cokolwiek innego (metaforą tą próbuję dać do zrozumienia, że był na poziomie -0) (hehe, teraz sytuacja się zmieniła o 360 stopni xD), gadałam ze znajomymi o tych określeniach rodzaju - el i la. Nie mogli się zgodzić co do tego, dlaczego w piosence Manu Chao jest powiedziane "me gusta LA mar", podczas gdy wiele osób twierdzi, że mówi się EL mar. (mar to morze; la wskazuje rodzaj żeński, a el - męski) Na kursie hiszpańskiego zapytałam kobietę, czy się mówi La Mar czy El Mar. Powiedziała, że w zasadzie to jest el, ale dlaczego zatem w piosence Manu Chao jest powiedziane La mar?
Otóż la mar używa się w dwóch przypadkach: gdy jesteś artystą i gdy jesteś marynarzem. Jeśli jesteś artystą, to mówisz la mar o morzu jako kobiecie, którą kochasz. Jeśli jesteś marynarzem, cóż - to samo! mówisz la mar o morzu jak o kobiecie, którą kochasz.
Me gusta la mar!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz